Poezja

”Umrzeć z miłości”

Noc nuciła nam błoga pieśń, gdy palców twych opuszki

po ciele mym w bezgraniczna wyruszyły wędrówkę.

Błądząc w rozkoszy, tajemnic nie znając.

Tylko każdy zcałowany zakątek, naszych ciał po stokroć.

Noc nuciła nam błogą pieśń a ja jej wtórowałem,

więcej więcej i goręcej, bo mi zimno i księżycowo.

Tak poświatowo i przestrzennie lunatycznie,

więc bałem sie, aby nie było zbyt wcześnie poranka, co nas snem rozłączy.

Abym mógł cie scałowywać bez końca zatopiony w twoich piersi delikatność,

sutek drżenie, sam będąc pieszczony twego ciała rozmarzeniem,

Prosiłem nocy by ciągle nuciła, aby świt szybko przespać, aby noc wiecznie była.

Bo tej nocy pierwszy raz kochałem cie mila.

A ile w kochaniu było zamieszaniu naszych ciał i oddechów

a ile drżących nóg, rak i pospiechu

ile łez, ile śmiechu, co głęboko gdzieś z podbrzusza

tak za serce, uda ściskał tak głęboko wzruszał i rozpływa się sie jak ciepły

szept w uchu w kosmiczne przestrzenie i tylko brzmiały nasze ciała

brzmienia brzmieniem jak słodkie alikwoty dźwięku, zachłanne, jak sok z cierpkiej jabłoni, i w tym szepcie ciał, wirze, dłoń nie poznawała dłoni?

zagubiona w ciał naszych splątaniu…


I ucichał nocy pieśń z pierwszym brzaskiem słońca, nasze ciała gorące szeptały bez końca nie odchodź nocy błoga, śpiewaj pieść przytulaj.

Całuj obejmuj, ocieraj, rozczulaj ciałem ciało!

Gdy nagle pierwszy promyk słońca padł na twe oblicze zacząłem go zacałowywać światłem sie zachwycać.

Nadaremnie, bo z każda minuta, co raz więcej promieni,

opadało twe ciało, wiec całowałem, co się, zcałowac dało

i wdzięczny byłem promykom słońca

i czerwień ust Twoich!

Noc, na ich malinowa słodycz za krotka była

Chociaż się ciało, ciałem ciału nie dłużyło

I tak się na wieki wszystko zapętliło…

… zawieruszyło… pochłonęło… ogarnęło

To nie nasza wina …

Miłość na nas oszala…

reszta to Deus ex machina

Muenster 2007


„Ulica Tumidaj 8”

Nie zapominaj swojej ulicy ona ma twoje oczy,

nie zapominaj swojej ulicy, która na rogu kończyła się.

Bawiłeś się w chowanego w piwnicy,

przechodził przez nią Tumidaj,

jego dewizą było przeżyć, tu mi daj a tu nie.

Często dostałeś pięścią między oczy,

sąsiad powiesił sie na strychu!

Nie zapominaj swojej ulicy, która na rogu kończyła się.

Mieszkali na niej nożownicy, ktoś komuś facyjate wypolerował.

Nie zapominaj swojej ulicy, niekończące się kocie łby.

Chodzili po niej ulicznicy z charakterem jak Grabarz ponury,

nie zapominaj swojej ulicy i jej niewinności twojej pierwszej łzy.

Już nie ma twojej kamienicy rozeszli się kumple po świecie,

ktoś nowy mieszka na twojej ulicy i za tęskni za nią kiedyś, jak Ty.

Była na niej „Tania jatka”, „Koński” i spożywczy po schodkach,

ciotka robiła „Kogel-mogiel”, jaki żółty słodziutki świat.

Z sąsiadką plotkowała sąsiadka, ktoś dostał pięścią między oczy, sąsiad powiesił sie na strychu, pod spódnicą mamy chowałeś się.


Na pierwszym piętrze mieszkała wariatka, co się ciągle uczyła

“Rock and rolla” i słuchała radia Luxemburg, zagłuszany, wolności dźwięk.

Twój ojciec słuchał Londynu wgapiony w magiczne oko,

mama odmawiała różaniec, jaki to był różowy świat.

Na podwórku grali w tysiąca, ukradła pościel „somsiadce, somsiadka”

przez ulicę przeszedł, „Tumidaj“, jak jesienny smutny wiatr.

Nie zapominaj swojej ulicy ona jest jak twój uśmiech.

Nie zapominaj swojej ulicy i rozbity czerwony nos.

Pierwsze łzy, pocałunki w piwnicy i cierpkie jabłkowe wino.

Nie zapominaj swojej ulicy i niekończące się kocie łby.

Chodzili po niej ulicznicy eleganccy, jak Grabarz ponury,

nie zapominaj swojej ulicy i jej niewinności Twojej pierwszej łzy.

Już nie ma twojej kamienicy rozeszli się kumple po świecie,

ktoś nowy mieszka na twojej ulicy i za tęskni za nią kiedyś jak Ty.

Nie zapominaj swojej ulicy chodził po niej czasami Tumidaj,

jego dewizą była wolność, tu mi daj a tu nie!

Kostka krwi, kostka cukru i robotnicy i podzelowane kocie łby

i Tumidaj z naszej ulicy ten niebieski wolny ptak.

Nie zapominaj swojej ulicy ona ma jego oczy

nie zapominaj swojej ulicy, która na rogu kończyła się?

Bawiłeś się w chowanego w piwnicy przechodził przez nią Tumidaj!

Jego dewizą było przeżyć, tu mi daj a tu nie.

Tylko karawan w czarne konie, pióropuszem biały płaszczy się

z kamienia na kamień, na wskroś Twojej ulicy

tuk… tuk… tuk, tuk… tuk…

tuk mi daj a tuk nie daj…tuk mi daj…tuk, tuk! tuk!

Münster, den 13. April 2008


„Nasze ciała”

Nasze ciała, określają nasze dłonie

Tak się czworzą, tak się piętrzą tak wirują

Otwórz oczy, patrz jak niebo zwariowało

po błękicie pędzi stado białych koni

nacichajmy nasze szczęście na tej lace

by nie płoszyć naszych ciął i naszych koni

nie wstydź się ze podglądają nas kaczeńce

drżeniem listka, drżeniem płatka, magia woni.

Lublin 1970


„Zapracowani”

Twoje ręce na klawiaturze

Moje słowa w zakurzonym aksamicie

Kto uwierzy, ze mamy czas?

Kochać się na scenie o świcie.

Muenster 1982


„Młody wilk”

Ile ci jeszcze papieru poświęcę

Ile razy zawyje do księżyca

to będzie moja słodka tajemnica.

Lublin 1970


„Tragedyja Dell arte”

Niecierpliwy, a papier cierpliwy

Kwiaty zwiędły i deszcz zaczął padać

Chciałbym z piersi twych słodycz zcałować

I na próżno nocy nie przegadać.

A ty płoniesz i bledniesz na przemian

Zegar tyka i straszy godzina

Chciałbym ust twych delikatnych dotknąć

Nim trzy świece w ogarki się zwiną

Czemu bledniesz, uciekasz myślami?

Przeciw duszy, pełna zawstydzenia

Chciałbym ciało jak Phidias formować

Później w deszcz biec do zatracenia

Znowu świta i spektakl się kończy

W którym Pierot nie zatańczył z Roza

I kurtyna znowu nie opadła.

A ja przecież nie chciałem tak dużo.

Warszawa 1975

przypis autora: „mowa tu o spektaklu, w którym? kurtyna opada przed I aktem” 1983)